Wyprowadzając się dziesięć lat temu z mojego rodzinnego miasteczka, zapamiętałam obraz jaki towarzyszył mi praktycznie przez całe spędzone w nim dzieciństwo. Myszków nie zmieniał się. Zmieniali się ludzie w nim rządzący, ale wszystko inne zatrzymało się na początku lat 90tych. Skłamałabym pisząc, że czułam sentyment do brudnego dworca PKP, PKS, wiaduktu kolejowego z którego spadło wiele aut czy blokowiska zwanego dzielnicą cudów; takiej miniaturki Nowej Huty w Krakowie. Targowisko pieszczotliwie nazywane ryneczkiem, gdzie nie jeden raz przechadzał się na moich oczach samotny szczur, obskurne przejście podziemne spełniające dwie funkcje – tunel pod torami i darmowy pisuar… to wszystko wręcz wryło się w mojej pamięci. Ilekroć odwiedzałam dom rodzinny, który tylko i wyłącznie był miejscem docelowym moich odwiedzin, centrum omijałam szerokim łukiem. Myszków nie różnił się z resztą niczym od innych powiatowych miast i miasteczek. Z upływem lat sentyment powracał. Dumnie znajomym wychwalałam buty z Myszkowa, choinki, wieńce, tudzież bliskość do Mirowa i Bobolic. Odżył we mnie lokalny patriotyzm, troska o dobry wybór gospodarza miasta, poczynione inwestycje, atrakcje turystyczne. Starzeję się, jakby powiedziała moja mama.
Dzisiaj o godzinie 17:00 z pilnej potrzeby kupienia końcówki do telewizora (nigdy nie wiem jak to się nazywa) wyruszyłam do centrum w poszukiwaniu wspomnianej rzeczy. Minęłam wyremontowaną stację benzynową, wjechałam na świeżo otwarte rondo… jakież tu zmiany zaszły- myślę sobie. O! Jest i sklep z częściami do telewizorów, niestety zamknięty parę minut temu. Szukam dalej… Po drodze moim oczom rzuca się nowa fasada szkoły podstawowej do której uczęszczałam, komenda powiatowa policji w kolorze pięknego błękitu, nowy super market, sklep rtv – agd … kiedy to powstało zachodzę głowę. Na ulicy pustki, dojeżdżam do skrzyżowania ze światłami… zaraz, zaraz jakie światła – przecież ich tutaj nie było! Objeżdżam z ciekawości dzielnicę cudów, bloki jakieś takie inne, wyremontowane. Czuję się obco w moim rodzinnym mieście. Zostawiam samochód na parkingu pod dworcem, który chociaż jeden jest taki sam jak za dawnych czasów.
Lidl w Myszkowie? – to dopiero nowość! Meksykańska budka z fastfoodem, podjazd dla niepełnosprawnych, zmiana organizacji ruchu… ileż opuściłam nowinek. Żądna wiedzy czy wnętrze dworca uległo także zmianie, udaję się do środka i … własnym oczom nie wierzę. Te same twarze, znane mi z imienia i nazwiska, pijące od co najmniej dwudziestu lat w tym samym miejscu. No, teraz dopiero czuję się u siebie, prawdziwie swojskie klimaty. Miejscowi alkoholicy z wyglądu trzymają się znakomicie. Może klimat Jury Krakowsko – Częstochowskiej tak ich zakonserwował, a może to siarka czyni cuda? Muszę przyznać, że nie wróżyłam im długiego życia, ale cóż… człowiek omylny. Szok, prawdziwy szok.
Wiele razy czekając na pociąg do Częstochowy widziałam jak piją, biją się, siusiają, wysypiają na ławkach przy wielostopniowym mrozie – niezniszczalni. Teraz dopiero wiem, że nie miejsce czyni klimat tylko ludzie tam obecni. I jeszcze jedna moja konkluzja, od tej pory nie powiem „zdrów jak ryba” lecz „zdrów jak pijak”.
No to wasze zdrowie panowie.

13 May, 4:17 pm
Masz dar do opisywania. Wciągające i bardzo interesujące.
17 May, 6:17 pm
Dziękuję:)
4 June, 6:04 pm
Małe miasteczka są w nas/ nawet wtedy/ gdy z naszych okien widać dachy Paryża